Przygoda w Dolinie Kalahari

 
Artykuł pierwotnie opublikowany w czasopiśmie Wyprawy 4X4
 

Zawsze ilekroć jestem w Afryce mam wrażenie jakbym był na innej planecie. Tym razem – odwiedzając Botswanę – mam podobne odczucia. Piękne, niezmącone przez człowieka krajobrazy są pełne roślinności i zwierząt w takiej liczbie i obfitości nie spotykanych w zasadzie nigdzie indziej. Dla kochających przyrodę to pozycja obowiązkowa. A jak już tu przylecisz to nieodzowny jest samochód z napędem na cztery koła. My wybraliśmy Toyotę Hilux.

 

Botswana charakteryzuje się ogromnym bogactwem świata zwierząt i roślin. Można postawić tezę, że tych pierwszych żyje tu o wiele więcej niż ludzi. Kraj ma powierzchnię blisko dwa razy większą od Polski i nieco mniejszą niż Francja. Te ogromne przestrzenie zamieszkuje niewiele więcej niż 2 miliony ludzi, co sprawia, że Botswana należy do najsłabiej zaludnionych państw na całym świecie. Według oficjalnych rankingów zamyka pierwszą dziesiątkę z wynikiem trzy i pół osoby na kilometr kwadratowy. Z dużych krajów bardziej dzikie są tylko Grenlandia, Mongolia, sąsiednia Namibia, Australia i Islandia. Niemal 70 procent powierzchni zajmuje Kalahari, dolina trochę niesłusznie nazywana pustynią. Jej obszar wypełniają suche lasy i sawanny a na północy bagna delty okresowej rzeki Okawango. Ta rzeka jest inna niż wszystkie. Nie uchodzi do żadnego morza. Rozlewa się po kotlinie Kalahari zapewniając jej życie.

AFRYKA WZYWA. Po lądowaniu w Johannesburgu bierzemy się za pakowanie samochodu. Sprzęt, ciuchy. Hilux pęka w szwach, ale jakoś się udaje wszystko pomieścić. Pierwsze kilometry to „zwykłe” ulice dużego afrykańskiego miasta. Lewostronny ruch i ponad czteromilionowa aglomeracja podnoszą jednak ciśnienie. Na trasie, gdzieś w okolicach Pretorii, udaje nam się jeszcze zrobić zakupy spożywcze. To będą zapasy na całą wyprawę. Potem gładko leci 260 kilometrów do pierwszego noclegu w Afryce. Matamba Bush Camp to wiele tysięcy akrów prywatnej farmy z dzikimi zwierzętami. Widziane po raz pierwszy z bliskiej odległości żyrafy wynagradzają wszystkie trudy i niedogodności pierwszego dnia podróży. Największym zaskoczeniem jest jednak chłód jakiego doświadczamy tej nocy. Temperatura spada do zera. Poranne składanie namiotu jest wyzwaniem godnym morsów kąpiących się w zimowym Bałtyku. Mówi się, że Botswana ma w tym okresie dwie pory roku każdego dnia. Rano jest zima a od południa lato. I taki scenariusz będzie się powtarzał przez całą wyprawę, niemal każdej nocy.

Przekroczenie granicy RPA z Botswaną przebiega bardzo sprawnie. Nie pierwszy raz to robimy i procedura pokonywania granic w Afryce stała się już dla nas pewnego rodzaju sportem. Zawsze z uwagą i ubawiony zarazem podglądam specyfikę pracy urzędników i ich dbałość o hierarchię ważności, pieczątki i wizy. Na co dzień nie doceniamy faktu, że możemy przemierzać Europę z dowodem osobistym w kieszeni i nikt nas nie pyta o cel podróży, do kogo, po co i ile mamy gotówki lub czy posiadamy broń palną.

Hilux połyka kolejne kilometry i meldujemy się w Khama Rihno Sanctuary. Wcześniejsza rezerwacja i zapłata z góry za wjazd do rezerwatu ma się jednak nijak do rzeczywistości. Strażniczka parku nie ma żadnego wglądu w „system”, który jest tutaj 32-kartkowym zeszytem w kratkę, pokreślonym jak u ośmiolatka. Po półgodzinnych przepychankach słownych dotyczących porannego safari i obietnicy małżeństwa możemy w końcu udać się na kemping. Jest już po zachodzie słońca. Z odręcznie narysowaną mapką ruszamy w głąb rezerwatu. Zaczęła się dzika Afryka i prawdziwe przygody. Auto kopie się w piachu a kempingu nie możemy jakość odnaleźć. Mapa okazuje się do niczego. Wracamy więc do bram rezerwatu w celu jej audiodeskrypcji. Okazuje się, że autorka mapy pracuje od niedawna i tak naprawdę nie ma pojęcia gdzie mamy jechać. To nic. This is Africa. Każdy chce pomóc jak tylko potrafi. W końcu szczęśliwie docieramy na naszą polankę i rozkładamy namiot. Rozpalam ognisko. Mały drink rozluźnia przed porannym Safari.

 

O godzinie szóstej rano ze zwijanego namiotu odpada lód i szron. - Ale będzie jazda!, myślę sobie. Przede nami kilkugodzinne safari w odkrytym Land Cruiserze. Nie pamiętam bym kiedykolwiek tak zmarzł w górach w Europie. W Afryce jeszcze nigdy. Czułem się jak ofiara hipotermii. Nagrodą miało być piesze safari i tropienie nosorożców białych. Gdy wysiadam z samochodu robię to, co każdy z pozostałych uczestników tej wycieczki - rozgrzewkę jak na kolonii. Żeby tylko zrobiło się trochę cieplej. Tropiciel ubawiony naszą gimnastyką wyjaśnia zasady bezpieczeństwa i zbiera oświadczenia, że wiemy co tutaj nas czeka, i że mamy świadomość zagrożeń. Idziemy gęsiego, jeden za drugim. W małej odległości, abyśmy byli widoczni od przodu jak jedna osoba. Trochę nam to na początku nie wychodzi – tyraliera i hałas przy każdym kroku. Z czasem pojmujemy jak poruszać się, aby nie płoszyć wszystkich okolicznych stworzeń. Po około dwóch godzinach tropienia (czytaj: ręcznego badania temperatury odchodów nosorożca, które znajdowaliśmy co jakiś czas) przewodnik zaciska rękę w pięść czym zatrzymuje grupę. Wskazuje palcem na oddalone o jakieś 80 metrów krzaki, w których widzimy wielotonowe białe cielsko potwora z rogiem na nosie. Warto było, bo to jedna z niewielu okazji do spotkania tego ginącego gatunku w jego naturalnym środowisku. - Oups! Zwierzę wyczuwa naszą obecność momentalnie i zrywa się do biegu. Ziemia zadrżała, ale na szczęście nosorożec nie ruszył w naszą stronę. Oddala się z niezwykłą lekkością. Niektórzy zdążyli nacisnąć przycisk migawki i złapać ten niesamowity moment.

1U8C0396

Nasz następny przystanek to Kubu Island położona na Makgadigadi Pan, jednym z największych solnisk śródlądowych na świecie. Obszar wielkości Portugalii jest wyschniętym morzem śródlądowym. Dojazd w to miejsce powinien odbywać się łazikami księżycowymi bo to sceneria rodem z filmów o podboju kosmosu. Bezkres tego miejsca przytłacza. Rozbijamy obóz na skraju wyspy Kubu. Tysiącletnie baobaby udzielają schronienia. Znowu rozpalam ogień. W promieniu dziesiątek kilometrów żadnego światła, tylko nasze ognisko. W nocy ubieramy wysokie buty przeciw wężom i skorpionom i wychodzimy na środek solniska. Sesja zdjęciowa jak na księżycu. Gwiazdy świecą tak mocno, są tak blisko, że niemal można ich dotknąć. Noc jakby cieplejsza, a może to te ognisko tak mnie rozgrzało? Wschód słońca na solnisku jest zjawiskiem zarezerwowanym tylko dla rannych ptaszków. Ognista kula podnosi się nad wyschniętą planetą i wyrasta oświetlając mocarne ramiona baobabów, które każdego dnia doświadczają tego widowiska. Jeśli udało ci się wstać przed świtem, zostaniesz sowicie wynagrodzony za wczesną pobudkę. Śpiochy mają czego żałować.

PLANETA BAOBABÓW. Zaciekawieni drzewnymi olbrzymami ruszamy na poszukiwanie najsłynniejszych afrykańskich baobabów. Angielski malarz Thomas Baines malował je w trakcie swojej podróży przez dzisiejszą Botswanę i Namibię w latach 1861-1862, rozsławiając w ten sposób to miejsce na cały ówczesny cywilizowany świat. Siedem ogromnych drzew porastających wyspę Kudia Kam Pan w Parku Narodowym Nxai Pan zaprasza na odpoczynek w swym cieniu. Jazda w kopnym piachu okazuje się doskonałym treningiem i sprawdzianem moich umiejętności off-roadowych, jak również możliwości Hiluxa. Już wkrótce mamy się przekonać dlaczego ludzie nazywają czasem baobaby „upside down trees”, czyli drzewami rosnącymi do góry nogami. Ich wielkość poraża a korony wyrastające z monstrualnych pni rzeczywiście wyglądają jak korzenie. W swoim wnętrzu taki baobab potrafi zgromadzić nawet 120 tysięcy litrów wody na czas suszy. W tym miejscu zadbano o potrzeby turystów. Lodge to coś pomiędzy hotelem a luksusowym kempingiem ale nie jest to ani hotel ani kemping. W każdym razie lodge o nazwie Planet Baobab zapewnia wygody jakich nikt się na takich pustkowiach nie spodziewa. Pokoje w tradycyjnie zbudowanych chatach, bar z drinkami, restauracja z wyśmienitą kuchnią, basen i afrykańskie rytmy wieczorem pozwalają na kilka godzin zapomnieć o trudach podróży.

1U8C0374

Wczesnym rankiem wyruszamy w kierunku Maun, gdzie spędzimy ostatnią noc przed wjazdem w deltę rzeki Okawango. Dalej zdani będziemy już tylko na siebie i na naszego Hiluxa, który jak dotąd cierpliwie i bezawaryjnie znosi moje traktowanie. Najpierw jednak spojrzymy na deltę Okawango z góry. Małą Cessną lecimy w podróż dookoła magicznego rozlewiska. Strach szybko ustępuje zachwytowi nad biegającymi w dole stadami słoni i żyraf. Hipopotamy niczym maszyny drogowe wytyczają coraz to nowe ulice dzieląc deltę na mniejsze osiedla. To ich śladami porusza się większość tutejszych zwierząt. Szybka wymiana kart pamięci i już można dalej fotografować.

Z kempingu zabieramy się terenową ciężarówką MAN by po godzinie jazdy przez rozlewiska dotrzeć na przystań łodzi mokoro. Z pewnością żadna mała terenówka nie dałaby tu rady. MAN ma koła prawie tak wielkie jak nasz Hilux. Do każdej łódki wsiadają po dwie osoby. Całe szczęście, że dłubanką pokieruje doświadczony przewodnik. Z całą pewnością sami zgubilibyśmy drogę już po kilkuset metrach od przystani. Ben sprawnie odpycha łódź długą tyczką wśród zarośli. Pozornie wydaje się to być stosunkowo łatwym zajęciem. Nic bardziej mylnego. To odpowiedzialna i trudna sztuka, której młodzi kandydaci na przewodników uczą się latami. Nagle Ben ucisza nas i każe lekko powstać. Przed nami w zaroślach poranną kąpiel bierze stado słoni. Używając trąb niczym pryszniców oddają się porannym rytuałom. Patrzę to na słonie to na uczestników. Każdy z otwartymi z wrażenia ustami. Po jakimś czasie przybijamy do brzegu jednej z okolicznych wysepek. Teraz nadszedł czas na piesze safari. W drodze powrotnej kilka razy napotykamy na hipopotamy, których baseny i miejsca kąpieli przewodnik sprawnie omija.

SPORT EKSTREMALNY. Wreszcie wjeżdżamy do rezerwatu Moremi i kierujemy się do serca rozlewiska Okawango. Jest bardzo mokro jak na zimową porę. Im dalej zapuszczamy się w głąb delty, tym więcej zalanych terenów i problemów z trakcją. Dzisiaj chcemy dojechać do Third Bridge, jednego z najdzikszych kempingów Moremi. To trudno dostępne miejsce tym razem okazuje się wręcz nieosiągalne. Przeprawy przez kolejne odcinki zalanych dróg sprawiają coraz większe trudności. Objazd za objazdem, bród za brodem. W pewnym momencie grzęźniemy na środku rzeki. Jest całkiem głęboko, tylne koła zapadają się coraz bardziej a woda zaczyna wpływać do środka samochodu. Czas wziąć się na poważnie do roboty. Damy radę, tylko trzeba uważać na hipcie! Są blisko! I w tym momencie hipki same dają o sobie znać dosłownie 40 metrów dalej. Kilka kolejnych prób i auto staje na drugim brzegu. Ale jest już pewne, że nie dotrzemy dzisiaj do Third Bridge. Zapada zmrok i czas na decyzje. Trudno, nie ma co zwlekać. Biwak w absolutnej dziczy. Nie ma innego wyjścia. Rozpalamy ogień i zakładamy obóz w samym sercu Okawango. Wokół rozciągamy jakieś gałęzie, rozstawiamy foteliki turystyczne i co tam jeszcze mamy pod ręką. To nasza prowizoryczna forteca na dzisiejszą noc. Śpię w namiocie rozkładanym na dachu samochodu i śni mi się, że wokół chodzą hipopotamy. A może to nie był sen? To pewne, że ten biwak wiele razy będziemy wspominali po powrocie do domu. Rano budzę się szczęśliwy. Szczęśliwy, że żyję. A to jest najważniejsze.

W ciągu dnia pokonujemy kolejne dziesiątki kilometrów chłonąc po drodze afrykańską przyrodę. Kierujemy się do Parku Narodowego Chobe. Szlak wiedzie przez grząski piach a z tyłu, za samochodem, pozostawiamy tumany kurzu. W Chobe – najstarszym parku w Botswanie – królują słonie. Lokalna populacja tych majestatycznych olbrzymów należy do największych na świecie. Obok nich żyją pozostałe gatunki Wielkiej Piątki Afryki (lwy, bawoły, nosorożce, lamparty) oraz liczne hipopotamy, krokodyle i likaony. Obserwowanie zachodu słońca wśród tylu zwierząt gromadzących się przy wodopojach to przeżycie, którego nie da się zapomnieć. Gdy już po zmroku docieramy do zaplanowanego na dziś biwaku oczom naszym ukazują się polujące gepardy. Gdyby ktoś mógł przewidzieć taki scenariusz wcześniej to uśmiałbym się do łez. Jednak Afryka cały czas potrafi człowieka zaskoczyć. Wieczorem grill na bezpiecznym kempingu a rano następnego dnia kilkugodzinny rejs po rzece Chobe w wynajętej łodzi motorowej. Teraz mam apetyt na kąpiące się słonie i hipopotamy. Wyruszamy około dziesiątej. Późno. Ku mojemu zdziwieniu rzeczne safari poza porą porannej aktywności zwierząt okazało się niezwykle ciekawe i owocne. Obfitowało w bawoły afrykańskie, krokodyle, hipopotamy, no i tak przeze mnie wyczekiwane kąpiące się słonie. Wodne safari w Afryce. Polecam. Wybierz się na nie koniecznie, jeżeli tylko będziesz miał możliwość.

Nasza samochodowa przygoda w Botswanie powoli dobiega końca. Z Chobe wyjeżdżamy w pełni usatysfakcjonowani obrazami dzikiej przyrody. Ostatni przystanek to Kasane, gdzie oddaję samochód i przekroczymy granicę z Zimbabwe. Na dojeździe do miasta wychodzi nam jeszcze na pożegnanie stado słoni. Cały ten kraj jawi się niczym jeden wielki rezerwat.

W ogóle przez ten tydzień w Botswanie zobaczyłem znacznie więcej niż się spodziewałem. Słonie, hipopotamy, żyrafy, bawoły, nosorożce, krokodyle, strusie, gepardy, guźce, zebry. Czego tam jeszcze nie było… A do tego wschody i zachody słońca, nocne niebo usiane milionami gwiazd. Przeżyłem także o wiele więcej przygód niż mogłem wcześniej przypuszczać. Te obrazy na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Podróż do Botswany to spełnienie marzeń o miejscach niezmąconych cywilizacją. Uroki kraju docenią w szczególności miłośnicy wyjątkowych fotografii, dzikich zwierząt i naturalnych krajobrazów stanowiących przeciwieństwo europejskich metropolii.

IMG_0522

Pełni energii i wrażeń wracamy samolotem do domu. Z całą pewnością odwiedzę Afrykę ponownie jeszcze nie raz. To jest moje miejsce na ziemi. Tutaj można żyć pełnią życia. A miejscowym można tylko pozazdrościć luzu, uśmiechu i dystansu do świata, którego nam tak często brakuje. A Hilux? Sprawdził się znakomicie. Zwłaszcza w wersji z pełnym wyposażeniem wyprawowym. Był moim domem i wiernym przyjacielem. Takim, który wiele znosi i wybacza błędy.