Czerwone wydmy czarnego lądu

Rdzawa ziemia, nieokiełznana potęga przyrody, dzikie zwierzęta, rytmiczna muzyka, nieznane wcześniej smaki, intensywne zapachy i ludzie – uśmiechnięci, cierpliwi, ufni. Fascynujące miejsce, w dodatku jedno z ostatnich, w których czasu nie mierzy się pieniądzem. Od pierwszej wizyty powtarzamy, że można wyjechać z Afryki, ale nie można się jej pozbawić. Czarny Kontynent żyje, tętni, wchodzi w krew i kradnie serca.

Nas uwiódł na dobre. Teraz my – pod marką Adventrue – przekazujemy podróżniczą pasję dalej, a każda z organizowanych przez nas wypraw zaczyna się z pozoru niewinnie… Tak było i tym razem. 12 maja ekipa stawiła się na Okęciu. Jeszcze ludzie sobie obcy, jeszcze nieśmiało zagadują do tych obok, zdradzając swoje imię, jeszcze nie wiadomo, co nas TAM czeka, ale jedno jest pewne – nadchodzący lot to zapowiedź czegoś niezwykłego.

Kierunek: Namibia!

Afryka. Drugi największy kontynent globu. 54 niepodległe państwa, mozaika 2000 języków i dialektów, różnych religii, wierzeń, ludzkich ras i plemion. Niezwykły świat kontrastów, ale i nieocenionej harmonii człowieka z naturą. Tym razem z różnorodności Czarnego Lądu wybraliśmy Namibię.

Lądujemy w Windhoek i przesiadamy się w Toyoty Hilux, które od tej pory staną się naszym domem na kółkach na najbliższe dwa tygodnie. Na razie widoki jak w Europie. Ale zaraz stanie się jasne, że poza stolicą wszystko jest inne i trudno tu szukać podobieństw do znanych nam miejsc.

Gdy wydmy budzą się snu…

Oto jest. Namib – najstarsza pustynia świata, która może poszczycić się nie tylko wiekiem, ale też najwyższymi wydmami na Ziemi.

W zależności od położenia słońca i chmur ich czerwona barwa zdaje się być inna o każdej porze dnia. Chcąc zobaczyć je z bliska wstajemy skoro świt i po ciemku ruszamy do Sossusvlei. Wdrapując się na szczyt Dune 45, aby podziwiać niewiarygodną grę świateł i cieni, gdy wraz ze wschodem słońca olbrzymie, czerwone wydmy budzą się ze snu. W dole widać Dead-Vlei. Kiedyś płynęła tędy rzeka, ale w wyniku zmiany klimatu niecki wodne całkowicie wyschły, pozostawiając jedynie skamieniałe kikuty akacji, które kontrastują z bielą solnej patelni i czerwienią piasku, tworząc absolutnie surrealistyczny obraz. Piorunujące wrażenie! W Swakopmund – niewielkiej miejscowości wypoczynkowej nad Oceanem Atlantyckim – przesiadamy się z terenówek na quady i ruszamy w głąb pustyni. Wariacje na piasku budzą w każdym z nas żyłkę rajdowca. Taka frajda jeździć po bezkresnej piaskownicy! Widoki powalają, piach skąpany w promieniach słońca wydaje się być złotą tkaniną, rozpostartą po horyzont. Nagle wjeżdżamy na najwyższą z wydm, jakieś 300 metrów w górę. Na szczycie czekają tajemnicze dykty i spora dawka adrenaliny. Każdy z nas piszczy z radości, zjeżdżając na nich głową w dół, a później mozolnie wdrapuje się na szczyt, by ponownie z rozpędem zjechać. Chciałoby się jeszcze, ale słońce coraz niżej, zatem pora wracać. Jutro czeka nas rejs katamaranem po Atlantyku…

Kapitan uchatka i rozpędzone oryksy

Skoro świt ruszamy do portu. Oprócz naszej grupy i kilku turystów na pokład wchodzą… pelikany. Bez biletu, zupełnie bezpardonowo, zachowują się jak część załogi. Dają się pogłaskać i jak na gwiazdy przystało – nie protestują, gdy chcemy cyknąć sobie z nimi pamiątkową fotkę. Do kompletu dołącza jeszcze opasła uchatka, rozpychając się po niewielkim pokładzie niczym kapitan.

Podczas rejsu mamy okazję skosztować świeżych ostryg (w pobliżu działają najbardziej ekologiczne na świecie hodowle), które w akompaniamencie białego wina smakują wybornie… Mija kolejna godzina, krajobraz za oknem jakby zatrzymał się w martwej klatce. Skwar leje się z rozpalonego nieba, wulkaniczny żwir ciągnie po horyzont i tylko przydrożne welwiczje przypominają, że wciąż jesteśmy w Namibii, a nie na Księżycu. Nagle stado rozpędzonych oryksów przecina nam drogę. Więc jest tu jakieś życie! Trafiamy w końcu na osobliwy kemping, ulokowany pośród skał. To o nim w jednym ze swoich filmów wspomniał Wojciech Cejrowski. Położony pośrodku niczego, więc z bieżącą wodą kiepsko, ale wykąpać się można.

Chlust podgrzaną słońcem wodą, z zawieszonego nad głową wiaderka jest świetnym rozpoczęciem kolejnego dnia. Przed nami prawdziwa gratka dla fanów offroadu, a takich wśród nas nie brakuje.

Z trudem pokonujemy kolejne wzniesienia i skalne garby. Kilka godzin później dojeżdżamy do krainy zwanej Damaraland. Przed nami jeszcze wyschnięte koryto rzeki Aba Huab. Drobny piasek przesypuje się z chrzęstem, gdy koła mielą jego nawierzchnię. Jedziesz dalej to bomba, kto się zakopie ten trąba! Tym razem nam się udało, a trudy jazdy zostały wynagrodzone – mieliśmy okazję podziwiać stado dzikich słoni, które zwykle niełatwo wytropić, więc nasza radość jest ogromna.

Tajniki wioski Himba

Droga do Opuwo zajmuje nam kilka godzin, ale nikt z nas nie liczy, ile razy zmienił się krajobraz. Majestat przyrody wprawia w osłupienie – za każdym kolejnym zakrętem czeka niespodzianka. Namibia może nie słynie z liczby zwierząt, ale te napotkane tutaj żyją zupełnie na wolności. Świadomość, że nie ograniczają ich żadne płoty rezerwatu wzbudza ogromne emocje. Jadąc kilka godzin do kolejnego celu, jesteśmy zmęczeni, ale ta ogromna przestrzeń za oknem wyzwala poczucie wolności. Trzy solidne worki ryżu wystarczyły, aby wkupić się w łaski wodza z plemienia Himby. Wchodzimy zatem do wioski, by obserwować ich niezwykle ciekawe, ale skromne życie. Nasze dziewczyny najbardziej zainteresowane są kwestią higieny, bowiem Himby nie używają wody. Zamiast tego okadzają ciała, w tym miejsca intymne.

Obowiązkowym rytuałem jest pokrywanie skóry specyficznym makijażem tzw. Otjize. To mieszanka zwierzęcego tłuszczu, ekstraktu z roślin, popiołu oraz ochry. Dzięki temu zabiegowi ich skóra jest gładka na długi czas, zabezpieczona przed insektami, słońcem, a nawet odwodnieniem.

Mrok zapada tu szybko, przed nami kolejny wieczór po udanym dniu. Zmęczeni, a jednak wyraźnie pobudzeni wrażeniami skupiamy się wokół ognia, który rozdziera mrok nocy. Od czasu do czasu nieboskłon przecina spadająca gwiazda. Zapach pieczonego mięsa wymieszany z aromatem afrykańskiego drewna wzmaga głód. Jesteśmy tylko my w otoczeniu tajemniczych skał. Ciszę przerywa nasz śmiech i rozmowy. Wino w blasku księżyca smakuje wyjątkowo. Zdążyliśmy się już mocno zintegrować, czujemy się ze sobą dobrze, będziemy tęsknić do tych wspólnych chwil. Snujemy więc plany – może uda się jeszcze raz, razem, gdzieś, kiedyś...